środa, 12 grudnia 2012

Rozdział 17


Mijały kolejne dni, dni pełne płaczu i wspominania przez Ivy swojej matki. Nie wiedziała, dlaczego to robiła. Może miała nadzieję, że ciągłe przypominanie sobie o zmarłej kobiecie sprawi, że ból minie? W takim przypadku nie miała racji. Rana rozdrapywana na nowo bolała jeszcze bardziej. A co było najgorsze? Że nic nie można było z tym zrobić. Nawet jeśli by się bardzo chciało.
Od spotkania po pogrzebie nie widziała się z Harrym ani razu. Nie dzwonił, nie pisał, nie dawał jakiegokolwiek znaku. Jednak Ivy też się do niego nie odzywała. Nie chciała się narzucać. Przecież chłopak miał też swoje życie, nie musiał rzucać wszystkiego dla niej. Bo przecież była tylko i wyłącznie jego koleżanką.

  *

Harry zaklął głośno, kiedy po raz kolejny zamiast odebrać, Mark odrzucił połączenie. Co było takie ważne, że nie mógł nadusić tego cholernego klawisza? Rozmowa z Harrym zajęłaby mu ile? Dziesięć minut? Może nawet nie. Jednak nie wiedział przyczyny nie odbierania przez mężczyznę telefonu, nie chciał wiedzieć. Łudząc się, jeszcze raz wybrał numer przyjaciela i w skupieniu wsłuchiwał się w sygnał. Jeden. Dwa. Trzy. Nic. Harry już chciał zakończyć próbę połączenia, kiedy to Mark odebrał. Na szczęście.
  -Tak? – zapytał typowym dla niego, zachrypniętym głosem.
  -Długo jeszcze miałem czekać? – warknął zdenerwowany Styles. Nie wiedział dlaczego, ale ostatnio wszystko doprowadzało go do złości. Nawet to, że mężczyzna cztery razy pod rząd nie odebrał telefonu. Pewnie jeszcze tydzień temu skomentowałby to głośnym westchnieniem albo po prostu by sobie odpuścił. Jednak nie teraz, nie gdy sprawa była tak ważna. Bynajmniej dla niego.
  -A co by ci się stało, gdyby faktycznie? – fuknął Mark, wyraźnie zirytowany postawą swojego przyjaciela.
  -Obiecałeś mi coś…
  -Wiem i nadal o tym pamiętam. Jednak to wymaga czasu. Uwierz, to nie taka łatwa sprawa, jak ci się wydaje.
Szatyn westchnął głośno i przymknął oczy.
  -W takim razie ile czasu ci to jeszcze zajmie? – potarł z rozdrażnieniem czoło, mając nadzieję, że nie za długo.
  -Hmm… niech pomyślę. Może udałoby się jeszcze na dzisiaj, ale jeżeli już w ogóle, byłby to późny wieczór.
  -Lepiej jutro z rana. – powiedział. – a co do zapłaty to przy odbiorze? Pasuje ci? Bo jeżeli nie, to zaraz mogę do ciebie podjechać.
  -Nie, może być.
  -Dzięki. To do zobaczenia jutro pod twoim domem.
  -Okey.
Jeszcze zanim zdążył się zorientować, Mark nadusił czerwoną słuchawkę. Widząc, że połączenie zostało zakończone, wsunął telefon do kieszeni.
 Sam nie wiedział, co ma ze sobą teraz zrobić. W sumie przydałoby się poszukać jakiegoś dogodnego miejsca, najlepiej na przedmieściach. Gdzieś, gdzie nie będzie zbyt dużo ludzi. A co mu przeszkadzało, żeby nie zrobić tego teraz? I tak ostatnio wystarczająco się wynudził siedząc w domu.
 Zakładają pierwsze lepsze buty, wyszedł z mieszkania i pospiesznie skierował się do garażu po auto. Anne była dzisiaj u jakiejś znajomej, która mieszkała w innym mieście, więc bez przeszkód mógł po prostu wyjść, bez tłumaczenia się. Dzięki Bogu. Pewnie kobieta zadawałaby masę pytań.
 Gdy czarny Range Rover odpalił cicho, Harry wyjechał nim z pomieszczenia. Następnie zamknął garaż i ponownie zasiadając za kółkiem, ruszył do bramy głównej. Już kilka minut później mknął ulicami Londynu.

*

Ivy nie miała co ze sobą zrobić. Błądziła po całym domu jak duch dziewczyny, którą była kiedyś. Jej twarz była chorobliwie blada, a worki pod oczami jeszcze bardziej to podkreślały. Straciła cały zapał do życia, którego kiedyś mogła pozazdrościć jej nie jedna osoba. Jednak nie ma co tu się dziwić. Straciła mamę. Jedyną osobę, którą (poza Johnem) kochała tak mocno. Bardzo to przeżyła. Jednak wmawiała sobie, że nie powinna się dołować. Że Jamie pewnie nie chciałaby widzieć jej smutnej. To trochę podnosiło ją na duchu. Kilka razy nawet się uśmiechnęła. Jednak później, kiedy zaczęła sobie zdawać sprawę, w jakiej sytuacji się znajduje, nie mogła pohamować łez. Obecność Johna tuż obok niej dużo jej dawała. Wiedziała, że ma koło siebie kogoś, komu na niej zależy, więc teoretycznie nie jest sama. Jednak czuła, że było zupełnie inaczej.
Przyszedł pierwszy sierpnia. Minął już miesiąc od pobytu Ivy w Londynie, jednak dziewczyna miała wrażenie, że tak niedawno tu przyjechała. Tak niedawno, a tak dużo już się wydarzyło…
 Cóż, dzień jak to dzień, zapowiadał się przeciętnie. Pewnie znów do południa spędziłaby go w łóżku a potem chodziła by po domu bez żadnego celu. Jednak nie. A dlaczego? Bo ktoś inny ułożył grafik na ten dzień za nią.
 Zaczęło się od zwyczajnego pukania do drzwi. Dziewczyna nie przejęła się tym za bardzo, pewnie była to kolejna osobą próbująca sprzedać czajnik za atrakcyjną cenę albo coś w tym stylu. Ona nie ruszyła się z miejsca, więc John bez żadnego entuzjazmu poszedł otworzyć. Gdy tylko drzwi się uchyliły i gość wymówił pierwsze słowa, Ivy momentalnie, bez żadnej trudności, rozpoznała osobę na zewnątrz. Ten zachrypnięty głos mógł należeć tylko i wyłącznie do Harry’ego.
  -Dzień dobry. Jest Ivy?
  -Tak... tak jest. Proszę, wejdź. – powiedział tata dziewczyny. – Ivy, masz gościa. – dodał, choć i tak nie potrzebnie bo Collins wszystko już słyszała.
Styles wszedł do środka i spojrzał na szatynkę. Jego oczy rozbłysły nagłym blaskiem, kiedy tylko ją zobaczył. Ivy też nie zareagowała obojętnie. Jej żołądek momentalnie związał się w supeł, a bicie serca przyspieszyło. A co było najgorsze? Że w ogóle nie miała nad tym panowania.
 John zdając sobie sprawę z tego, jak wygląda sytuacja, szybko i niepostrzeżenie wymknął się z kuchni. Nie chciał przeszkadzać.
Harry uśmiechnął się delikatnie.
  -Hej.
Szatynka odwzajemniła drobny gest, kąciki jej ust uniosły się minimalnie do góry. Jednak Stylesowi to wystarczyło. Najważniejsza była świadomość, że sprawił, że się uśmiechnęła. Choć trochę.
  -Hej.
  -Jesteś zajęta? – zapytał nieśmiało.
Dziewczyna już chciała odpowiedzieć, że tak, ale prawdę mówiąc nie była. Nie chciała kłamać. Nie jemu.
  -Nie, raczej nie.
  -To może chciałabyś gdzieś ze mną pojechać?
  -Co masz na myśli?
  -Niespodzianka. – odparła i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Ivy spojrzała na niego, próbując go rozgryźć. Jednak wiedziała, że pewnie jej się nie uda. Nigdy nie była dobra w te klocki.
  -No nie wiem…
  -Zgódź się, proszę.
Szatynka przygryzła jedną wargę. Nie była pewna czy chciała gdzieś jechać. Nie chodziło o Harry’ego. W ogóle ostatnio nie chciało jej się nigdzie ruszać. Wolała siedzieć w domu, zamknięta w swoich czterech ścianach. Nawet jeśli oznaczało to, że myśli o mamie będą ją dosłownie ją bombardować.
  -Spodoba ci się. – zapewnił chłopak, widząc, że Ivy nie może się zdecydować.
  -Obiecujesz? – zapytała z delikatnym uśmiechem.
  -Zdecydowanie.
Collins głośno przełknęła ślinę.
Co jej szkodziło? Wątpiła, żeby z Harrym źle się bawiła. To było niemożliwe. A poza tym przecież musiała kiedyś wyjść, dobrze to wiedziała. Więc dlaczego nie dzisiaj? Dlaczego nie z nim?
  -Dobrze. – oznajmiła.
Tym jednym słowem sprawiła, że oczy Harry’ego rozbłysły.

                                                        ~~***~~
~Wiem, wiem, wiem... Dawno nie było rozdziału.. Jednak na swoją obronę mam kochanego Plusa, który stwierdził że nie jest mi potrzebny internet -,- No ale najważniejsze, że już mu się odwidziało :D
~Pod poprzednią notką dostałam 10 (!) nominacji do Liebster Award, za co bardzo, ale to bardzo Wam dziękuję <33 Jednak odpowiedziami na pytania zajmę się dopiero w święta :d
~Bardzo bym Was prosiła o komentarze, bo chciałabym poznać Waszą opinię na temat tego rozdziału :D
No, to chyba już koniec mojego "monologu" xD haha :D
Do następnej <3